środa, 28 grudnia 2011

Ponieważ zbliża się koniec roku...

...kolejnego już zresztą i ponieważ obiecałam pewnej miłej bloggerce, że jednak się publicznie odezwę a także ponieważ mimo bycia konkursową świnią (tucznikiem nawet, o czym zaraz bedzie mowa) i nie reagowania na liczne dowody sympatii przesylane mailowo chciałabym jednak wyrazić publicznie podziękowanie, ze mnie pomimo powyższych pamiętacie, postanowiłam się jednak odezwać.

Blog, jak nie trudno zauważyć zdechł śmiercią nie do końca naturalną, a raczej wymuszoną okolicznościami, ale jakoś nie mialam i nadal nie mam serca go zamykać, a być może za czas już niedługi bedę mogła go kontynuować, aczkolwiek w nieco już innej tematyce.

Odpowiadając hurtem na mailowe pytania: nic nam się nie stało, żaden koniec świata w sensie negatywnym nie nastąpił, aczkolwiek w sensie pozytywnym...chyba tak;) Przyczyną mojego zamilknięcia są bowiem gigantyczne zmiany życiowe, które zaczęły się w kończącym roku, ale finał swój znajdą już w kolejnym, ponieważ w dużej mierze przypadkowo udało nam się zrealizować trzy cele życiowe prawdziwego faceta (choć w nieco pokrętny sposób):

1. kupiliśmy (prawie) dom
2. spłodziliśmy (prawie) syna - a konkretnie drugą babę podobno
3. w zwiazku z dwoma poprzednimi zamierzamy posadzić w nowym ogrodzie drzewo;)

Nie bedąc gotową na zadne z powyższych (no moze to drzewo, ze względu na teoretyczne zainteresowania ogrodnicze;), nie ukrywam, że wszystko do kupy zdecydowanie mnie przerosło i pozbawilo ostatnich resztek wolnego czasu, dlatego musiałam z paru rzeczy, w tym z bloga zrezygnować. Na Wasze i owszem zaglądam, acz rzadko, ale z ukrycia, bo nawet na komentowanie czasu brakuje.

Nie wiem, czy po przeprowadzce, porodzie i innych uciążliwościach na 'p' (popijawa się Gajowej marzy niestosownie;), dam radę tu wrócić - obiecuję sobie, że tak, ale jak bedzie, czas pokaże. Tymczasem chcę po prostu napisać, że nie zapomniałam o wspaniałym gronie bloggerek-rekodzielniczek, pamiętam jak fajnie się wśród Was czułam i za te miesiące/lata dziękuję;)

No i samych dobrości w Nowym Roku Wam zyczę: zmian do udźwignięcia, niespodzianek do zachwycenia się i dobrych ludzi wokół!

wtorek, 14 grudnia 2010

Przedświątecznie...

wpadam na własnego bloga zaniedbanego okrutnie;( Dopadły mnie wątpliwości, czy to w ogole ma sens, skoro nie jestem w stanie zapewniać swoim Czytelnikom regularnej strawy dla oka i duszy, ale spróbuję jeszcze powalczyć... z tym, że nie dziś, bo wpadam przelotem.

Ostatni miesiąc to niemożnośc wydostania się z kieratu dom-praca-świąteczna panika. Resztką czasu i sił jakieś tam rzeczy powstają, ale to z kolei wszystko prezenty, więc nawet pokazać nie można do Wigilii. Mam nadzieję, że data ich ujawnienia zbiegnie się z czasem, kiedy ten pęd życiowy nieco zwolni, ale wolę już nic nie obiecywać. Na razie obiecać mogę tylko, że na pewno pojawię się tu jeszcze przed Świętami - a może nawet uda mi się w końcu poczytać Wasze blogi?

Zostawiam Was zatem z próbką moich przedświątecznych dokonań na polu innym niż upolowanie rabatu w sklepie z zabawkami czy wyrobienie 300% normy zawodowej;)

Poniższa poduszka z cudowną kwiatową wróżką to mały dodatek do Szlachetnej Paczki, ktorą przygotowaliśmy w tym roku. Nie wiem, czy się spodobała, ale mam nadzieję że tak;)


Trzymajcie się cieplutko i dziękuję, że tu zaglądacie, mimo, ze sama autorka czyni to rzadko;)

środa, 10 listopada 2010

pochorobowo

...wracam po 2 tygodniach nieobecności (pamiętacie mnie jeszcze?:). Niestety udało mi się zarazić Potwornicką, a chora Potwornicka gorsza od plag egipskich...chora Potwornicka, ktora w końcu nauczyła się mówić dodatkowo komplikuje sprawę, bo już nie da się dłużej udawać, że nie rozumie się komunikatów nadawanych w suahilii...teraz komunikaty są jasne, wyraźne i nie pozostawiające wątpliwości i oczywistym jest, że matka nie może zajmować się swoimi sprawami, gdy z drugiego pokoju dobiega dramatyczny krzyk "mama, pomuś, miś siusiu zrobił".

Werbalizacja Potwornickiej uświadomila także matce, że oto czeka ją kilka, jeśli nie kilkanaście lat, oblewania się purpurą w miejscach publicznych, jak choćby ostatnio w przychodni, gdzie śliczna dziewczynka o buzi amorka, po oczarowaniu całej kolejki uznała, że widzom należy się coś ekstra, i wyszedłszy na środek korytarza i wyczekawszy, aż wszyscy zwrócą na nią uwagę, wpakowała palec do nosa i chichocząc złośliwie oznajmiła wielkim głosem "gile będziem jeść"....co i uczyniła...następnym razem pójdziemy do przychodni w workach na głowie, żeby nikt nas nie rozpoznał;)

Ale do rzeczy, dziś zaległość przeszło dwumiesięczna, czyli wersja prawie końcowa pokoju koneserki nosowych wydzielin;)

Rzut ogólny już był, ale jeszcze kilka zbliżeń:


I detale rękodzielnicze, z których jestem dość dumna, choć jak zwykle niedociągnięć jest co nie miara:)

pufa (widoczna i powyżej) inspirowana twórczością Sanki. Pufa pierwotnie była dodatkiem do wielkiego fotela-worka  w kolorze wściekły róż. Wściekły róż wylądował na śmietniku, a pufa dostała szydełkowe ubranko w kolorach pasujących do reszty pomieszczenia:

Gazetnik dla milośniczki dziecięcych periodyków, z moją wariacją na temat pikowania lotem trzmiela;):


I dwa nowe okrycia lampowe, z wykorzystaniem istniejących abażurów:


Na uszycie nadal czeka jeszcze patchworkowa narzuta na łóżko....ale jeszcze poczeka, bo teraz pora na rękodzielnictwo świąteczne. Chusta ma już z połowę długości i na razie jedyne 500 oczek szerokości;P Następnym razem wybiorę jednak grubszą włóczkę;).

Wzięłam się też w końcu za matę zabawową dla Potwornickiej...projekt pierwotny uległ okrojeniu, bo po uszyciu pierwszego bloku stało się jasne, że w tym tempie prezent będzie gotowy na Wielkanoc...

W następnym poście w końcu obiecana rozdawajka - uległa lekkiej zmianie z powodu niemożności wykonania dwóch identycznych mitenek...ale to same zobaczycie;)

I pochwalę niespodziewanym szczęściem - ponieważ w Rozdawajce Ivalii nie zgłosiła się wylosowana osoba, odbyło się ponowne losowanie i tym razem wygrałam ja!:)) nie mogę się doczekać już tych piękności - szczególnie anioła, dla którego optymistycznie zarezerwowałam miejsce na ścianie, jak jeszcze nie były znane wyniki losowania;)

A na koniec, żeby nieco zatrzeć złą opinię o Potowornickiej pochwalę się, że moje niesforne dziecko ma też i inne talenty oprócz umiejętności kompromitowania matki w miejscach publicznych. Parę dni temu, na imieniny Babci, z własnej i nieprzymuszonej woli i bez żadnej pomocy matki popełniła taką oto laurkę:



Maziaje w centrum mają obrazować 'duzi plezent" i jest to typowa forma ekspresji graficznej dwulatka, natomiast zielony kwiatek, a zwłaszcza miś z rękoma i nogami umieszczonymi w niemal właściwych miejscach powaliły mnie na kolana, bo byłam pewna, że to jeszcze za wcześnie na takie dzieła (cichutko przyznam, że się troszkę popłakałam ze wzruszenia, jak to zobaczyłam....ale cicho sza, bo Gajowa twarda kobieta jest, niezdolna do wzruszeń;)

piątek, 29 października 2010

Akcja Święta

Dziś na szybko, bo Gajową wirus wstrętny dopadł i ledwo na oczy widzi....nie na tyle jednak, żeby nie dłubać z nowej włóczki - boska jest, tak przepiękne kolory ma, że aż się robić chce, mimo, że Gajowa generalnie nie lubi dużych projektów, bo szybko zapał traci;) Malutka zajawka na zdjęciu, a calość niestety dopiero za 2 miesiące, bo to prezent dla jednego z podczytywaczy.


Ale tak naprawdę do wpadłam z szybką reklamą Świątecznej Akcji Sciencji - zajrzyjcie koniecznie, bo warto;)

A przy okazji planowania zakupów prezentowych zapraszam też na swoje aukcje post-srebrnogajowe - zrobiłam szaloną wyprzedaż, więc wiele rzeczy można upolować za symboliczną złotówkę (jak się wychoruję to będzie duża dorzutka;)

Jeszcze szybkie odpowiedzi na komentarze z poprzedniego posta:

Danusiu, ja generalnie nie lubię swojego imienia, więc jestem po prostu Pat;)
Penelopo, Peninio: Dziękuję za odwiedziny;)
Otto: Wykonujesz zawód moich marzeń;)  Jestem wielką pasjonatką historii i rzeczy dawnych, najchętniej zamieszkałabym w starym dworku wypełnionym antykami...może kiedyś?:)


I zmykam przed telewizor....ciekawe doświadczenie, jak się dwa lata nie oglądało;)

piątek, 22 października 2010

Raport zbiorczy...

...z działań różnych, bo jakoś nie jestem w stanie zmusić się do publikowania na bieżąco swoich dokonań...
ale za to hurtem jest bardziej różnorodnie, sprawia wrażenie, że Gajowa w szale roboczym tworzy na okrągło i takie tam;)

W kwestiach remontowych trwa 'zabawa w głupa', jak tego typu poczynania nazywał mój Dziadek. Naprawione zostało po wierzchu w sposób, który, co wiem nawet ja - techniczna idiotka - gwarantuje zalanie przy kolejnej ulewie. Ponieważ wyczerpaliśmy już wszystkie środki nacisku oprócz przemocy bezpośredniej (powstrzymuje nas wizja odsiedzenia paru lat za niewinność;P) i procesu (tu nas nic nie powstrzymuje, właśnie zbieramy dokumentację) obecnie stosujemy strajk włoski, czyli codzienne telefony do zarządcy z indagacjami, pytaniami, naciskami etc. Sprawy do przodu to nie popycha oczywiście, ale nam nieco humor poprawia;)

Ustaliliśmy, że my ze swojej strony naprawimy sufit i tyle, znowu zaleje, to może i lepiej, grubsza teczka do sądu będzie, a nie mamy już ochoty żyć jak koczownicy w jednej izbie...zatem w przyszłym tygodniu możecie oczekiwać w końcu zdjęć skończonej alkowy Potwornickiej...o ile Gajowej uda się z sesją zdjęciową wstrzelić między kolejne opady atmosferyczne;P

Ten przydługi wstęp, nie tylko ma wyjaśniać moje blogowe przestoje, ale i stanowić wprowadzenie do sesji pt. "przeróbki by Gajowa":) Na pierwszy rzut poszły drzwi, w znienawidzonym przeze mnie kolorze olchy bodajże....nie znoszę tego koloru a w nim właśnie mam wszystkie drzwi i panele w mieszkaniu. Z panelami częściowo już się uporaliśmy, wymiana drzwi nie wchodziła w rachubę, więc zastosowaliśmy wariant tańszy czyli okleinę. wyszło jak zwykle po mojemu, czyli spora liczba błędów, nieprecyzyjności i niedoróbek, ale efekt końcowy jest zadowalający...przynajmniej jak się z daleka patrzy i dopóki kot, znowu nie użyje framug w charakterze drapaka;P

a zatem :
Drzwi przed obróbką


i po (jeszcze niedokończone, pospieszyłam się ze zdjęciem;)


A skoro już o przeróbkach mowa, to teraz coś z czego jestem nieskromnie dumna;) Jakiś czas temu od cioci Nadwornego przywieźliśmy wór starych zabawek po jej córkach - typowy vintage sprzed 30 lat w stylistyce charakterystycznej dla tych czasów. Przywieźliśmy bez żadnego konkretnego zamiaru, po prostu żal bylo wyrzucić. I wśród tego dobra znalazła się lalczyna kuchenka - przerdzewiała na wskroś, powyginana i generalnie w stanie agonalnym. Postanowiłam jednak, że moze da się jeszcze ją uratować i po serii zabiegów różnych powstało takie oto dzieło, w moich ulubionych kobaltowych klimatach:

Zdjęcia przed niestety nie posiadam, bo w szale twórczym po prostu zapomniałam, więc musicie uwierzyć na słowo, że kuchenka była ruiną;)

A teraz temat pośrednio łączący się ze wstępem, ponieważ będę się chwalić pocieszajką. Pocieszajkę kupiłam sobie na osuszenie łez po użerkach z administracją i wygląda tak:



I kilka zbliżeń:

 Tkaniny z fakturami są przeznaczone na rolniczą matę do zabawy, którą mam nadzieję zdążyć uszyć Potwornickiej na święta. Flower Fairies kupione też z myślą o prezentach, ale głównie ze względu na niepohamowaną namiętność do tego wzoru, a włóczka to zgubne skutki podczytywania Szuflandii - czyli bedę mierzyć się z chustą;)

Przy okazji kryptoreklama - tkaniny kupowałam tutaj: http://www.favoritefabric.com/index.html i jestem zachwycona! Ceny, nawet wliczając wysyłkę, niższe niż u nas no i błyskawiczna realizacja zamówienia - po 8 dniach od zlożenia, tkaniny byly u mnie w domu.

A na koniec zajawka do Candy:

Na drutach widzicie melanżową mitenkę....idzie powoli, ale w dobrym kierunku, jak wyjdzie i dorobię drugą, to całość wpadnie do torby rozdawajkowej wraz z innymi rzeczami;) no ale ponieważ z czasem u mnie kiepsko, to oficjalne ogłoszenie rozdawajkowe będzie, jak zyskam pewność, że się wyrobię z czasem i mitenkami;) Jak widać na drutach jest także już początek chusty...takie moje prywatne dziwactwo, że często na jednych drutach robię dwie rzeczy naraz;)

No, to popisałam myślę, ze wystarczająco na 2-tygodniową nieobecność?;)

sobota, 9 października 2010

Bez ładu i składu

ten post dzisiejszy, ale się nazbieralo trochę;)

W związku z totalnym megawkurzeniem remontowym musiałam trochę pary upuścić pogrążając się w ponurej depresji, ale już jestem;) Remont trwa w zawieszeniu, podobno w przyszłym tygodniu mają w końcu naprawić usterkę...podobno...nie uwierzę, jak nie zobaczę, a do tego czasu nie ruszam pokoju Flo, żeby się nie denerwować...no trochę ruszyłam, poszylam abażury, pomalowałam krzesełko i takie tam, ale wszystko pokażę, jak w końcu nie będę musiała tak manewrować aparatem, żeby nie bylo dziur w suficie widać;P

Tymczasem, jako osobnik dotknięty chorobą niespokojnych rąk, nie wysiedziałam długo w bezczynności i wzięłam się za druty...a jak się wzięłam, to chciałam wszystko naraz zrobić, stąd dziś głównie projekty rozgrzebane, przewidziane do szybkiego ukończenia, acz niekoniecznie;)

sweterk z kotkiem z cudnej włóczki frotkowej upolowanej w lumpeksie:



I szaliczek do kompletu;)

 

A reszta to rozciągnieta mitenka dla dziecka...rozciągnięta, bo dziecko uparło się włozyć ją do góry nogami i ściągacz nie wytrzymał...nic, następne będą z włóczki elastycznej;P Mitenki jednak wciągnęły mnie na dobre, jak się na Waszych blogach naooglądałam, więc będę próbować wciąż i od nowa..;)

W ramach nadrabiania obowiązków matczynych po strasznie zapracowanym tygodniu, popełniłyśmy też z Flo różne rękoczyny...obie mamy mnóstwo chęci, a mało zdolności, toteż skutki są malo reprezentacyjne raczej.

Wczoraj kleiłyśmy obrazki z plasteliny i oprócz spłodzenia armii agresywnych ślimaków...agresywnych, bo dziecko latało z nimi po domu i wydawała straszliwe dźwięki atakującego lwa;)

 - powstały też takie oto dwa zwierzątka...no, kto zgadnie co to?;)


Oprócz tego matka nabyła pół dyni: zawartość przerobiona na ciasto, a korpus wydrążony i przetworzony na półlampion...Młodej się niby podobał, ale im bliżej było zmroku tym lękliwiej na niego spoglądała, aż w końcu przyszła oznajmić "mama, wyłąć, stlaśnie świeci":) A że ja uwielbiam dyniowe lampiony, to chyba w drodze kompromisu bedę go trzymać w łazience i zapalić po zaśnięciu dziecka;P Z tego też względu zdjęcia na razie nie ma;)

I na koniec kilka fantastycznych zdobyczy ze szmateksu. Jakoś tak się złożyło, że w jednym tygodniu trzy razy trafiałam na torby na robótki...nie, żeby trzy były mi potrzebne, ale są tak cudownie angielskie i staromodne, że nie mogłam przejść wobec nich obojętnie;)
Ta największa jest dosć poturbowana w środku, ale ma fantastyczny wszyty centymetr i pojemność idealną do upchnięcia wszystkich pozaczynanych rzeczy.
Ta średnia, na powyższym zdjęciu już wyładowana robótkami, z kolei jest w idealnym stanie i nadaje się w sam raz do noszenia ze sobą w gości;)

A ta trzecia...tak pomyślałam, ze się z Wami podzielę. Ale nie wypada przecież ofiarować komuś pustej torby (bo jeszcze z torbami pójdzie;), więc pomyślę nad jej napełnieniem i za dni parę wystąpi w roli oficjalnej rozdawajki.


Napisałam się dziś Kraszewski, ale przyszły tydzień też szykuje się zarobiony, więc wolę popisać na zapas, zwłaszcza, że widzę, że wiernie mnie odwiedzacie mimo mojego braku systematyczności;)


środa, 29 września 2010

Deszcze niespokojne....

...zniszczyły całą naszą dwutygodniową pracę, zalewając doszczętnie sufit w świeżo remontowanym pokoju Flo;( Szlag trafił malowanie, dekorowanie, włozone pieniądze, wysiłki a serce przede wszystkim...a trafił, bo od kilku lat zarządca budynku nie jest w stanie naprawić usterki...nie jest, bo nie chce, bo jest opłacany przez budynku tego developera, który spieprzył projekt i wykonanie i nie zamierza naprawiać...jak tylko się pozbieram do kupy, to powalczę...nie wiem jeszcze jak, bo przy tym poziomie krętactwa, fałszowania dokumentow i unikania konfrontacji łatwo nie bedzie, ale nie odpuszczę, bo pamiętam roześmianą buźkę mojego dziecka, gdy wpadło ze żłobka do domu i tańczyło z radości, że ma własny pokój....

Pokój, który wyglądał tak:

Jak wygląda teraz, wklejać nie będę...

Ale żeby znowu nie było smutno i katastroficznie, coś optymistycznego...zajrzyjcie tutaj: http://pomozmyamelce.blogspot.com/2010/09/jesienna-tilda.html - nie obrażę się, jak mnie ktoś przelicytuje;)

piątek, 24 września 2010

Tangerine Dream

Odpowiadając na zapotrzebowanie społeczne, dziennika remontowego część trzecia;)


Dzień czwarty

7.00: Gajowa rodzina wstawszy o nieludzkiej porze rusza na poszukiwanie farb, podrzuciwszy uprzednio młodzież do placówki.

9.00: Gajowa rodzina minus jeden od 2 godzin siedzi w markecie budowlanym i deliberuje nad kołkami, listwami (czemu producenci listew nie mogą dogadać się w kwestii kolorów z producentami paneli oraz czemu coś co wygląda jak kafelki łazienkowe niedomyte przez Gajową nazywa się dębem antycznym?:) i farbami…

10.00: Gajowa rodzina stoi w kolejce do kasy nie kupiwszy połowy rzeczy, ale biała farba jest!

11.00: Gajowa przystępuje do malowania przedpokoju…ale zaraz śniadanka nie było!

11.30: Po śniadanku...jakaś kawa by się przydała...i po papierosy trzeba skoczyć

12.00: Gajowa w lumpeksie ogląda boskie poszwy Laury Ashley (zaprezentowane zostaną w terminie późniejszym).

12.30: Chyba trzeba do domu wrócić…

13.00: To jeszcze tylko pranie wstawię…

14.00: Po godzinnym siedzeniu w cichej zadumie przed kręcącą się pralką Gajowa sobie uświadamia, że czas stawić czoła oranżowi…

15.00: O jak fajnie i szybko się maluje!:) Pierwsza warstwa położona!

15.30: Pierwsza warstwa wyschła, przedpokój wygląda identycznie jak przed malowaniem.

16.30: Gajowa z zaciętą miną kończy drugą warstwę…przedpokój w końcu wyszedł naprzeciw oczekiwaniom i zmienił kolor ze wściekłego oranżu na oranż lekko utemperowany…”Prawda, że już prawie nie widać?” – zapytuje Gajowa Nadwornego, który cały dzień krążył po lekarzach i zusach, a teraz wkracza do domu z Potwornicką. „Kolol!” wykrzykuje radośnie Potwornicka, tym samym burząc wszelkie złudzenia co do tego, że przedpokój jest prawie biały.

17.00: Przez ostatnie pół godziny Gajowa używała bardzo brzydkich wyrazów, a Potwornicka udając, że się bawi pilnie notowała…

Dzień piąty

8.00: Zapada decyzja, że więcej wybielania nie będzie…Gajowa zamierza rzucić na ściany kolor docelowy, zwany przez producenta „Mglistym porankiem”, a zdaniem Nadwornego to po prostu jakiś niebieski. Gajowa zamierza ocwanić przeciwnika nadając ścianom strukturę...z powodu nieuchronnie zbliżającej się utraty płynności finansowej, Gajowa decyduje się nie kupować bajeranckich tynków gotowych, tylko jakieś takie kuleczki dosypywane do farby;P

9.00: Powrót z kuleczkami. Tym razem bez zwłoki Gajowa miesza kuleczki z farbą, zamachuje się wałkiem i….wszystkie kuleczki oddzielają się od wałka i farby i lądują na i tak już zmarnowanej fryzurze Gajowej;P

10.00: Gajowa osypując się kuleczkami jak choinka w lutym patrzy na ścianę tak, że ta blednie z przerażenia o trzy tony i nie zważając na chrzęst pod nogami atakuje ją ponownie wałkiem, tym razem miarkując siłę zamachu…Nadworny w tym czasie pogwizdując wesoło maluje salon rzucając w przerwie do Gajowej "A malować lewą ręką to ja mogę, wiesz?” …”już niedługo” dodaje w myślach wkurzona Gajowa, gdy sobie uświadamia, że niepotrzebnie po tych drabinach 5 dzień skacze…

12.00: Przedpokój pomalowany….kuleczki w efekcie ostatecznym rozmieszczone są dość losowo...głównie w tych miejscach, w których nie były potrzebne;P Nadworny ocenia efekt i rzuca…”Bo wiesz, to trzeba było wiertarką wymieszać" nie zdając sobie sprawy jak niewiele brakuje, żeby Gajowa została wdową-mężobójczynią. W ramach zemsty Gajowa doszukuje się smug w pomalowanym salonie i bezlitośnie każe zamalowywać.

13.00: Nadworny kończy salon….malował go 10 razy krócej niż Gajowa mniejszą sypialnię;P Gajowa natomiast bierze się za tynki w kuchni, onegdaj koloru gołębiego obecnie koloru gołębia z biegunką, który nie zdążył do toalety. Gajowa ma kuchnię w stylu angielskim, ale zamierza go nieco odświeżyć, toteż do przedpokojowego poranka hojnym gestem chlusta barwnikiem morskim...po godzinie okazuje się, że był to średni pomysł, gdyż kuchnia zmieniła styl na prowansalski z zajerzyście błękitną ścianą.

14.00: Gajowa korzysta ze zgromadzonych zasobów białej farby i majstruje na lazurze szybką przecierkę…bez rękawiczek, w związku z czym do dziś nie może domyć paznokci. Efekt ostateczny dalej mocno po oczach bije, ale przynajmniej można już wejść do kuchni bez ciemnych okularów.

Fajrant na obiad (po 5 dniach żywienia się kanapkami) oraz szybkie szycie…w końcu maszyna odkopana, więc Gajowa po prostu musi sprawdzić, czy jeszcze umie;)

18.00: Błękit zaczyna odłazić....Gajowa wyje ze wściekłości...błękit wstrząsany rezonansem wycia odłazi tym bardziej…Nadworny przysięga, że jeszcze raz odskrobie i powtórzy procedurę malowania, Gajowa szuka rozpaczliwie na Picassie zdjęć wnętrz z odłażącą farbą, żeby wiedzieć jaki to styl wnętrzarski;)

A dni kolejne właśnie się dzieją, upływając głównie na czekaniu na szafowe drzwi i sprzątaniu….kto nam pozwolił tyle śmieci nagromadzić?? No kto? My przecież porządni z natury jesteśmy, a tu na śmietniku dziesiąty wór przydasiów niepotrzebnych i pamiątek sprzed lat, które nie wiadomo co upamiętniają, bo już nikt nie pamięta;) W międzyczasie Gajowa z Nadwornym obeszli jedną puszką Reddsa 3 rocznicę slubu, dochodząc do  wniosku, ze w obecnych okolicznościach celebrować nie ma co, bo sam fakt wytrzymania ze sobą remontów, chorób, wychowywania 'problem child' i innych jest najlepszą karą nagrodą;)

W weekend kolejna, chyba już ostatnia odsłona remontu części głównej;) Gajowa zamierza też przełamać się i użyć aparatu Nadwornego, bo karta zaginęła zdaje się na zawsze…

Wszystkim, którzy dobrnęli do końca dzisiejszej relacji….wyrazy szacunku, mnie by się chyba czytać nie chciało;)

środa, 22 września 2010

Saga o ludziach kielni i pędzla

Czyli remontu dzień drugi i trzeci (trzeba przyspieszyć z opisem, bo zajmie dłużej niż remont rzeczony;)


Dzień drugi

8.00: Po wyekspediowaniu dziecka do placówki Gajowa załoga przystępuje z nowymi siłami i wiarą w lepszą przyszłość w mieszkaniu jak z żurnala do kładzenia paneli. Nadworny twierdzi, że to proste jak budowa cepa, Gajowa powątpiewa…

11.00: 3 godziny później po rozkręceniu szafy i wywaleniu szuflą z pokoju wszystkich zalegających klamotów, przerywanego okrzykami Gajowej: „Patrz, Twój krawat ze ślubu”, „O moje panieńskie desusy”…jak się 5 lat mebli nie odsuwa, to się co rusz ma niespodziankę;). Nadworny przystępuje do wykładu teoretycznego, jak należy zdejmować panele i jaka to trudna i wyczerpująca praca, wymagająca kierownika i dwóch suwnicowych… Gajowa słucha, mądrze kiwa głową, wykazuje głęboki szacunek dla wiedzy męża, po czym korzystając z jego wyjścia do wygódki jednym ruchem ręki usuwa parę metrów paneli;P

12.00: Po tym jak Nadworny przestaje się zapluwać, że Gajowa szalona jest i nieodpowiedzialna sama grzebiąc przy panelach, przystępujemy do nowych paneli cięcia...w wyniku losowania (Co wolisz? Panele cięte w zygzak lewą ręką czy panele zbryzgane krwią Gajowej, co się panicznie boi wyrzynarki) Nadworny decyduje (dyskretnie popychany ku tej decyzji przez Gajową), że ciąć będzie on…i jak on tnie! Nie zważając na histeryczne popiskiwania Gajowej trzymającej panele zdecydowanie za blisko wyrzynarki („na pewno nie zjedzie? Jak ja będę robić na drutach jedną ręką? ZUS nam obojgu renty nie da”;P), jedzie lewicą przez deski jak Kubica bolidem, jak lawina ze Śnieżki, jak napastnik polskiej reprezentacji do własnej bramki:)

15.00: Deski przycięte i położone…nie zawsze chciały się położyć, ale po to Gajowa ostatni rok tyła z zapałem, żeby teraz całą swoją nadwagą po panelach skakać wbijając je w miejsca właściwe…na koniec wyszła mała śmiesznostka, albowiem okazało się, że pokój ani pionu ani poziomu nie trzyma i jest nie tyle prostokątem co nierównoległobokiem z rozrzutami rzędu 10 cm;P Na szczęście szpara wypada pod nową szafą, więc zgodnie stwierdzamy, że czego oczy nie widzą…;)

I na tym front robót na ten dzień został zakończony…przedpokój nadal łypał tysiącem pomarańczowych oczek, ale musiał jeszcze 2 dni poczekać, aż Gajowa załoga wygrzebie się do marketu budowlanego po kilkadziesiąt litrów białej farby do zamalowywania.

Dzień trzeci

Dzień przełomowy skręcania szafy zaprojektowanej przez Nadwornego jeszcze przed wypadkiem i nieuwzględniającej nowych okoliczności, czyli skręcania przez jednorękiego bandytę i panikarę wzrostu siedzącego psa;P

8.00: Z namaszczeniem i celebracją wnosimy szafowe elementy do pokoju; elementy ciężkie przeraźliwe, ale skoro Nadworny może jedną ręką to i Gajowa nie narzeka tylko targa grzecznie zastanawiając się, czy samo podnoszenie ciężarów może się jakoś przełożyć na utratę centymetrów w talii? (Wniosek po kilku dniach…przekłada się raczej na przybór, Gajowa narobiwszy się fizycznie je jak górnik po szychcie;)

8.30: Nadworny wygania Gajową do innych robót, więc Gajowa udaje się na wirtualną farmę, a Nadworny pracowicie oznacza płyty tajemnymi znakami…na tyle tajemnymi, że wkrótce okazuje się, ze sam swoich oznaczeń nie rozumie…

10.00: Parę obsianych pól i wydojonych krów później Gajowa zostaje wezwana do świadczenia czynności pomocniczych, czyli kolejnego trzymania desek w pobliżu ostro zakończonych przedmiotów…Gajowa ma niewytłumaczalną do końca fobię na elektronarzędzia, o czym była już mowa powyżej, więc dziś zastanawia się, jak długo będzie zrastać się palec przewiercony wiertarką, a że dziur do wywiercenia jest około setki Gajowa ma dużo czasu na rozmyślanie o kruchości ciała ludzkiego;)

12.00 Nadworny słaniając się z wycieńczenia i zagrożony bezpowrotnie utraconą leworęcznością, bo i lewa ręka odmawia posłuszeństwa, odmawia jednakowoż porzucenia robót w trakcie…i słusznie, bo wówczas musielibyśmy spać w wannie, a Potwornicka za karę w kuwecie;P Zatem nawiercone płyty (ledwie w 5% źle) stawiamy do pionu, sami się pod ich ciężarem poziomując...pion zresztą też czysto teoretyczny, bo jak już wspomniano, ściany pionu nie trzymają;) Stawiamy, skręcamy, docinamy...

16.00 O @#%$!$#%!$#%!! Za pół godziny zamykają żłobek! Nadworny z Gajową wylatują pędem do auta, po drodze kłócąc się, kto pójdzie po Potwornicką, bo oboje są w strojach roboczych. Gajowa kłótnię przegrywa i wpada do żłobka ze rozwianym włosem przyprószonym nie tylko siwizną, ale i fioletem z wczorajszego malowania, w spodniach, w których 10 lat temu spędziła upojne wakacje, a potem z nich zdecydowanie wyrosła, ale nadal leżą w szafie w oczekiwaniu na mityczne schudnięcie Gajowej;P Na szczęście panie w żłobku są fantastycznie dobrze wychowane i nawet im powieka nie drgnie na widok Gajowej;)

17.00: Gajowa znowu wylosowała gorszy los na rodzinnej loterii i podczas gdy Nadworny wbija ostatnie półki, ona broni wejścia do pokoju zbuntowanej dwulatce - „Tatuuuuuś” łup łebkiem o podłogę, łup piąstką o oszklone drzwi..”Nie chcę sikuuuu!”…”O, siku?!” „Jeść!” „Nie chcę jeść!!”, łup rodową porcelaną o kafelki… i tak dalej…;)

20.00 Potwornicka po wysłuchaniu bajki o złej czarownicy gustującej w rozwydrzonych żłobkowiczach przerażona idzie spać, Gajowa pada na pysk w okolicach kanapy, a Nadworny podkręcony robotą po 2 miesiącach wegetowania na zwolnieniu, pogwizdując radośnie robi porządki…

Epizod trzeci z oranżem w roli głównej już jutro…epizod czwarty będzie już rozgrywać się w czasie rzeczywistym, gdyż od czwartku otwieramy nowy front robót;)

PS: Zdjęcia nadal w miejscu nieznanym....znajdą się...na pewno...kiedyś...i wtedy będzie fotoreportaż;)

wtorek, 21 września 2010

Nudno będzie....

...bo bez zdjęć - karta z aparatu wraz z czytnikiem ulegla chwilowej anihilacji podczas remontu, wytrwałe poszukiwania trwają, ale zważywszy że remont w pełni mogą się przeciągnąć...;)

Dziś zatem będzie tylko treściwie, czyli o tym, co spowodowało, ze znowu zamilkłam na blogu  - wymówka nr 46, nie mylic z 47 (nie pisałam, bo mi dziecko odłączyło klawiaturę i nie chce oddać) tudzież 45 (zgubiłam okulary i nie widzę, co piszę).

A zatem w związku z okupionym łzami i cierpieniem zrezygnowaniem z sypialni na rzecz pokoju Potwornickiej oraz w ramach rehabilitacji praktycznej dla Nadwornego podjęliśmy się wykonania remontu w mieszkaniu dwupokojowym, zawalonym dobrem wszelakim po sufit, bez piwnicy i balkonu - szczegóły są o tyle ważne, że pozwalają sobie uświadomić jak niezwykłego dzieła dokonała Gajowa para;)

Dzień pierwszy (swieżo po awanturze o nic, Gajowa znerwicowana lekko jest;P)

8.00 : Gajowa z miną zaciętą rusza z szpachelką na oranżowy przedpokój z zamiarem zeskrobania i tak odłażącego oranżu.

8.30: Gajowa stwierdza, że oranż odchodzi losowo, w jednych miejsach i owszem do cegły, w innych wcale.

8.50: Nadęty Nadworny przejmuje w milczeniu szpachelkę chcąc udowodnić Gajowej, że prawdziwi faceci z nie takimi wyzwaniami sobie poradzą.

8.55: Gajowa miesza farbę do pokoju Potwornickiej, już po 3 zaciekach na podłodze dochodząc do wniosku, że nie opłacało się nie rozkładać gazet...z przedpokoju dochodzi jęk zarzynanego słonia - to Nadworny zapomniał, że prawą ręką naprawdę nie może nic robić;P

10.00: Gajowa sapiąc jak parowóz kończy malowanie sufitu dochodząc do wniosku, że księdzem by być nie mogła, bo nie jest w stanie utrzymać rąk w górze dłużej niż 7 sekund. Nadworny skrobie...

12.00: Gajowa dumna i blada (w fioletowe kropki ze względu na rozprysk farby) kończy malowanie pokoju Potwornickiej; Nadworny nadal skrobie, dotarł już do przedwojennego tynku, a oranż nadal trzyma...

13.00: Jęk, przetykany paniami lekkich obyczajow dobiega tym razem z pokoju Potwornickiej, gdzie ściany po wyschnięciu okazały się nie być tak dokładnie pomalowane i spod cudnej lawendy wyziera tu i ówdzie wstrętna zieleń. Nadworny zlany potem w milczeniu prezentuje 20 centymetrów kwadratowych odskrobanej ściany...reszta nadal pomarańczowa.

15.00: Gajowa po drugim pomalowaniu pokoju leży i zdycha, wyobrażając sobie, że jest żoną milionera i zamiast sama skakać po drabinach, otipsowanym paznokciem wskazuje niedoróbki ekipie remontowej.

16.00: Nadworny odkopał kolejne 10 centymetrów ściany i dobity miernym efektem wyciąga do Gajowej przyjazną dłoń...Gajowa dloń przyjmuje - nieco z wyrachowania, bo ktoś musi sufity pomalować;).

17.00 Wraca Potwornicka, wydaje z siebie kanonadę słów "kolol" (Potwornicka uwielbia soczyste kolory i prawdopodobnie żałuje, że rodzice zeskrobują oranż), zasiada na umorusanej podlodze i nie bacząc na plamy farby lepiące się do spodenek, zdejmuje butki - ordung muss sein, buty i kurtkę bez względu na okoliczności po wejściu do domu się zdejmuje....

19.00: Gajowa załoga odskrobawszy się nieco z farb i tynków pada na pysk udeptywana radośnie podskakującą Potwornicką;) Zapada dramatyczna decyzja o zaprzestaniu skrobania i zamalowaniu całości niesprecyzowaną liczbą warstw białej farby, decyzja, jak się dwa dni później okaże nieco nieprzemyślana...;)

cdn. bo remont nadal trwa;)